Dorośnij albo zgiń
Czasem wbijasz gwoździe, czasem jesteś szybki, albo idziesz na górkę i kosisz trawę wokół wielkiego kosmicznego penisa.
Wierzysz jak wielu chrześcijan, że świat niebawem się skończy?
Myślę, że jesteśmy przy końcu czasów, wiele rzeczy o tym świadczy. Świat takim, jaki znamy dobiegnie końca. I poza tym, będzie kolejne wielkie przyjście Jezusa Chrystusa. [...]
Ironią religii jest to, że odchyla i wypacza ludzi na tory zniszczenia. Że wprawdzie świat mógłby się skończyć. Wielu ludzi w tym kraju wierzy w koniec dni, że nastąpi ostatni rozrachunek. Wierzysz w to? Jeżeli wierzysz, że świat się skończy, to nie drąży i nie motywuje Cię to do tego żeby ulepszyć życie na ziemi za naszego życia?
Konkluzja jest taka religia musi umrzeć by człowiek mógł żyć. Jest już za późno żeby pobłażać, wszystkim decyzjom podejmowanym przez religijnych ludzi. Przez irracjonalistów, tych, którzy sterują statkiem państwa, nie za pomocą kompasu, ale ekwiwalentem czytania z wnętrzności koguta. George Bush dużo modlił się za Irak, ale nie nauczył się z tego za wiele.
Wiara to robienie cnoty z braku myślenia. Nie ma się, nad czym zastanawiać. A ci, którzy propagują wiarę, świątobliwość i uniesienie, są władcami intelektualnego zniewolenia. Trzymający ludzkość w kneblach, fantazji i nonsensu, które jest powodem do usprawiedliwiania, szaleństwa i zniszczenia. Religia jest niebezpieczna, ponieważ pozwala ludziom, którzy nie posiadają wszystkich odpowiedzi myśleć, że naprawdę je mają. Wielu ludzi myśli, że to jest przepiękne, jak ktoś mówi „życzę sobie panie...”, „Zrobię wszystko, czego zechcesz panie..”. Z wyjątkiem tego, że nie ma żadnego boga, mówiącego do nas.
Ten głos to głos ludzi, wypełnionych własnym przekupstwem, ograniczeniami i misjami.
To się zdarzy, nie mówię, że koniecznie nuklearnie, ale na pewno będzie to wyglądało podobnie. I każdy, kto Ci powie, że na pewno wie, co się stanie z Tobą po śmierci - obiecuje ci. Ponieważ ja nie wiem i ty nie posiadasz żadnych psychicznych mocy, których ja nie posiadam to jedyną poprawną postawą, dla ludzi, którzy mają wielkie pytania nie jest arogancka pewność, która jest znakiem rozpoznawczym religii, ale wątpliwości. To pokora, i tacy powinni być ludzie. Rozważając to, że względu na to, że historia ludzkości jest przepełniona śmiertelnie poważnymi błędami. To dlatego racjonaliści i antyreligijni muszą przestać milczeć i wyjść z ukrycia, ujawnić się. A ludzie, którzy określają się jako niepraktykujący, powinni spojrzeć w lustro i zdać sobie sprawę, że pocieszenie i bezpieczeństwo jakie daje im religia, przychodzi za straszliwą cenę.
Jeżeli należysz do partii rządowej, lub ugrupowania społecznego i nie chcesz przypływu bigoterii, homofonii, przemocy i rozdzierającej ignorancji, jaką jest religia powinieneś odmówić w proteście, zrobić odwrotnie by być pilnikiem do krat, żoną mafiozo.
Są także prawdziwi szatani ekstremizmu, rysują sobie | immunitet dzięki tysiącom swoich popleczników. Jeżeli świat ma się skończyć, tutaj albo gdziekolwiek indziej, albo kiedyś w przyszłości wzniecony przez efekty inspirowanego religijnie, nuklearnego terroru - pamiętajmy, co było prawdziwym problemem...
Do zobaczenia w niebie...
...kto wie.
Powyższy tekst nie jest mój. To fragment filmu "Religijny" (z ang. Religulous). Całość jest może lekko manipulatorska, ale jak inaczej przekonać do swoich racji jak nie sprytną perswazją i zadawaniem trudnych pytań? To że księża, rabini i sami wierzący nie potrafili na nie odpowiedzieć mówi samo za siebie. A wniosek końcowy jest co najmniej trafny, żeby nie powiedzieć właściwy.
13 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Archiwizacja danych - w puszukiwaniu idealnego nośnika
Od kilku tygodni nastręcza mnie jedno z pytań – jak zarchiwizować skutecznie ważne dane? W moim przypadku chodzi o zdjęcia min. w formacie RAW. Mam ich około 30 płyt DVD i CD razem wziętych.
Problem na pierwszy rzut oka jest banalny, tudzież prosty. Nagrać na płyty DVD / CD / BlueRay. Jednak ten system nie jest do końca idealny. Po pierwsze nagrane płyty mają ograniczoną trwałość. To znaczy, że po upływie bliżej nieokreślonego czasu może zdarzyć się tak, iż nie będzie możliwe odczytanie części nagranych danych. Ocenia się, że trwałość tego typu markowych krążków waha się w granicach 5-15 lat, natomiast tanich do 5 lat. Jak widać rozbieżność jest duża. Można również spotkać się z opiniami, że płytom szkodzi światło słoneczne. Jeżeli chodzi o płyty to jedynym tego typu nośnikiem jest płyta bussines to bussines, której cena kształtuje się w okolicach 40$ za sztukę. To kolejny minus. Wniosek jest taki aby tanim kosztem co jakiś czas przegrać dane ze starego nośnika na nowy.
Jeżeli nie płyty to co? Może dysk HDD. Idea jest w miarę sensowna. Aktualnie oferowane duże pojemności, często grubo ponad 1TB są stosunkowo tanie. W porównaniu z krążkami koszt zapisu 1mb danych jest o wiele niższy. Minusem jak i plusem tego typu rozwiązania jest trwałość zapisu na talerzach dysku. Po ostatnich przygodach firmy Segeate z wadliwą wersją oprogramowania firmware zainstalowanego w elektronice dysków niemal co drugi trafił znów do producenta. Stawia to pytanie o jakość wykonania dysków, ich trwałość i niezawodność. W przypadku uszkodzenia płyty tracimy relatywnie o wiele mniej danych, aniżeli podczas awarii popularnego „twardziela”.
Archiwizacja ważnych danych za pomocą dysku twardego była by z punktu widzenia kosztu jak i ryzyka uszkodzenia danych najrozsądniejsza. Jednak od kilku lat na rynku nośników można zaobserwować zdobywania coraz większego udziału w sprzedaży przez pamięci flash (zarówno pendrive, karty pamięci do aparatów fotograficznych i komórek, ostatnio także SSD). Tego typu nośniki ze względu na postęp technologiczny są zarówno coraz pojemniejsze jak i trwalsze (ze względu na coraz niższe napięcia potrzebne do zapisu / odczytu danych). Swoją pierwszą kartę pamięci zakupiłem wraz z aparatem cyfrowym Sony już w 2003 roku. Do dziś działa świetnie. Ponadto jak donoszą źródła japońscy naukowcy skonstruowali pamięć Flash zdolną przeżyć setki lat. Minusami pamięci flash są przede wszystkim ich ograniczona ilość zapisów / odczytów oraz powolne transfery (w porównaniu do HDD).
Biorąc na uwadze ceny poszczególnych rozwiązań aktualnie skłaniam się coraz bardziej do zakupu oddzielnego dysku twardego (nie typowo zewnętrznej konstrukcji, ale kieszeni zewnętrznej wraz z wymiennym dyskiem), który podłączany byłby tylko i wyłącznie w celu zgrania danych / odczytania ich.
Jako, że celem archiwizacji jest bezpieczne przechowywanie zgromadzonych danych, najlepiej jest zapisywać je na kilku typach nośników. Za takie minimum dla siebie chciałbym postawić liczbę 2 (dwa). Docelowo mam na myśli karty pamięci flash (np. SD). Za wyborem przemawiałaby ich stosunkowo długowieczność (10 lat gwarancji producenta np. SanDisk), zwiększające się z roku na rok oferowane pojemności, cena oraz małe rozmiary. Podobno jest kilka osób, które swoje zdjęcia trzymają wyłącznie na tego typu nośnikach flash. Mają je ładnie pokatalogowane. W przypadku chęci ich odczytu po prostu „wtykają” je do czytnika kart pamięci. Część z nich tłumaczy sobie swój wybór tym, że niegdyś ponosili koszty filmów, wywołania negatywu i zdjęć. Dziś analogicznie jako filmu fotograficznego używają karty pamięci. Jedynie z tym wyjątkiem, że nie kasują jej zawartości. Kupują nową.
Po długich namysłach, analizach wybrałem zapis na dysku twardym. Zakupiony Seagate Barracuda ver 12, 500GB.
20 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Plus to nudny operator
Poszedłem z kumplem do salonu firmowego Plus GSM. Nie dość, że wymyślili te cholerne numerki jak w poznańskich Urzędach Miejskich (i zapewne nie tylko), to czas oczekiwania był na tyle długi i urozmaicony nużącą muzyką, że po prostu odpłynąłem (czyt. zasnąłem) w oczekiwaniu na pozytywne załatwienie sprawy.
1 komentarz
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Proporcjonalna korzyść
Od pewnego bliżej mi znanego czasu zacząłem wyciągać wnioski. Sam daje od siebie tyle ile od innych otrzymuje.
Nie może być tak, że istnieje bezwzględna nierównowaga...
Wniosek: Asertywność
1 komentarz
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Filtr polaryzacyjny Hoya HD
Wczoraj wpadł pod wieczór w moje łapska - najnowszy filtr polaryzacyjny Hoya HD CIR-PL. Jego nowatorska konstrukcja zapewnia o 25% większą przepuszczalność światła. Wykonany z hartowanego szkła (większa wytrzymałość na uszkodzenia). Zewnętrzne powłoki posiadają wprasowaną pod wysokim ciśnieniem folię z monitorów LCD (min. łatwiejsze czyszczenie).
Chwilowo nie ma pogody by przetestować filtr w warunkach bojowych. Z tego co zauważyłem, przepuszczalność światła jest na prawdę na wysokim poziomie. W poprzednim filtrze Marumi muszę manipulować o wiele bardziej światłem i czasem naświetlania. Przy analogicznych ustawieniach przy tym filtrze zdjęcie wychodzi o wiele jaśniejsze.
Polaryzacja fal na dość dobrym poziomie (porównując z Marumi minimalnie in plus). Bardzo ładnie poprawia kontrast i kolorystykę. Tyle mogę na dzień dzisiejszy powiedzieć o tym filtrze. Z pewnością wart jest swoich pieniędzy. Przy dobrej pogodzie przyjdzie pora na test.
Update: Jest dobra pogoda. Oto testowe zdjęcie:
Jak widać filtr ładnie poprawił kontrast i uwydatnił kolorystykę nieba i roślin.
7 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Podkoziołek
... czy jak kto woli ostatki w wykonaniu wczorajszym.
Myśl przewodnia imprezy:
Najważniejsze w życiu jest to by mieć swoją historię.
♫ Blue Foundation - Eyes on fire
4 komentarze
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Społeczeństwo bez potrzeb
Jeden z szefów marki Sony miał powiedzieć:
Nasi klienci nie znają swoich potrzeb. To my znamy ich potrzeby.
To mniej więcej tak jak kiedyś słyszałem, że łatwiej zmienić kobietę niż ją nawracać. Po części podobnie jest z klientami na rynku dóbr i usług. Wychodzę z założenia, że łatwiej jest wykreować potrzebę używania danego produktu niż dostosowywać się do potrzeb większości.
Idąc dalej tropem Sony. Czy kilka lat temu ktokolwiek zastanawiał się nad tym czy będzie nam potrzebny w domu standard FullHD, BlueRay itp.? Nie sądzę.
Mawia się, że potrzeba matką wynalazku. W dzisiejszym świecie, część rzeczy nie powstaje z racji potrzeb, a raczej by tworzyć potrzeby.
Jak to zrobić? Można zmienić kategorie myślenia. Zamiast promować zaspokajanie oczywistych potrzeb np. „spragniony? Napij się?” można poszukać niszy, o której potencjalni klienci nie słyszeli. Poszukać niszy, zidentyfikować kluczową niszę i wykorzystać ją. Wtedy zamiast promować gaszenie pragnienia można pokusić się na promocję designu, typowo męskiego smaku itd.
Wtedy nagle może okazać się, że osoby które chcą się wyróżniać z tłumu zauważą naszą niszę. Poprą ideę i kupią produkt.
Kreować potrzeby można również w nieco inny sposób. Przykładowo (tak na teraz wymyśliłem) wprowadzić na rynek produkt który przy obecnym kształcie rynku nie ma prawa się sprzedać. Następnie zacząć promować mniej oficjalnie daną potrzebę którą ten produkt może zaspokajać. Im głośniej na dany temat tworzymy szumu tym więcej osób może zainteresować się zjawiskiem. Ważne by przekaz informował o danym zjawisku, zamiast go reklamować. Coś na zasadzie WOMM’u i marketingu szeptanego. Następnie zainteresowana osoba, szukająca informacji np. w Internecie na temat, który dzięki nam ją zainteresował wchodzi na naszą stronę internetową. Widzi idealny produkt, który jest w stanie zaspokoić jej potrzebę i go kupuje.
Oczywiście nie jest to takie łatwe, ale możliwe do zrealizowania. Kwestia odpowiedniej strategii i konsekwencji działania.
Co daje kreowanie zamiast realizacji potrzeb klientów?
Dla przedsiębiorstwa to niższe koszty działania. Nie trzeba tworzyć produktów dla X rodzajów odbiorców. Tworzy się produkt jednorodny, gdyż potrzeby klientów są jednorodne. Odwrotnie aniżeli w przypadku marek globalnych np. Coca Cola, których komunikacja marketingowa opiera się na tworzeniu jednego produktu dla wszystkich, przez co koszty kampanii reklamowych rosną. Trzeba je projektować dla różnych grup docelowych, a co za tym idzie tożsamość marki niknie w gąszczu innych substytutów.
♫ Juliet - Avalon (F+++ Me I-m Famous Remix By David Guetta & Joachim Garraud)
Dodaj komentarz
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Kto gra w chuja ten... przegrywa
Ach te gierki i zabawa w ciuciubabkę. Wręcz powiedziałbym, że w kotka i myszkę. Szkoda, że nie wszyscy wiedzą, iż:
Czasem spotyka się osobę, z którą nie warto grać w chuja.
Walt Kowalski w "Gran Torino"
Na grę w chuja najlepsza jest strategia Tit for tat. To jak strzał we własną stopę. Z takim wyjątkiem, że bardziej boli.
1 komentarz
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Witaj Lazurowe Wybrzeże / Grecjo
Kilkadziesiąt dni temu z P. postanowiliśmy (z racji wolnej gotówki) wykupić wycieczkę. Najlepiej objazdową. W Europie. W cieplejszych rejonach. Wchodziło wiele opcji (nie walutowych):
- Włochy
- Grecja
- Francja
- Hiszpania
- Chorwacja
Z racji że we Włoszech (Ravenna itp.) po części byłem, w Grecji także (nawet 2 razy), we Francji również (Paryż i Wersal) padło drogą eliminacji na wycieczkę 9 dniową po Lazurowym Wybrzeżu (przez Wenecję, Weronę do Cannes, Saint Tropez, Ez, Nicei i Monako).
Chorwacja relatywnie zbyt droga (pobyt), Hiszpania to słaba oferta turystyczna na dzień dzisiejszy. W Grecji osobiście wszystko oprócz wysp zwiedziłem co było do zwiedzenia. A Włochy zahaczę w drodze na południe Francji.
Plan jest. I to genialny. Wykupić wycieczkę z First Minute w momencie kiedy Euro było stosunkowo „tanie”. Wtedy jakieś 4,50PLN za 1 Euro. Gwarancja ceny uniemożliwi przewoźnikowi w razie czego na ewentualne podwyżki.
Udało się zrealizować. Z naszej decyzji wyniknęła nie jedna kłótnia domowa. Członkowie naszych rodzin skutecznie próbowali nam wyperswadować że stracimy na tym, że jest kryzys, że euro wzrośnie, że lepiej last minute, że szybko wszystko chcemy. Nie udało im się. Wręcz przeciwnie – kryzys jest po naszej stronie.
Euro zdrożało na dniach do 4,9PLN. Biura turystyczne zrobiły korektę cen. W naszym przypadku wycieczka zdrożała o 100zł, dodatkowo wprowadzono dopłatę kursową w wysokości 150zł + 50zł gwarancji niezmienności ceny. Jednym słowem przez swój pospiech, stanowczość i konsekwencje zaoszczędziliśmy po 300zł na osobę.
I słuchaj teraz starszych… Bo oni wiedzą lepiej.
Jedynie co mnie martwi, to aktualny kurs Euro, który nadal utrzymuje swój wysoki poziom. Na szczęście wszystko się może zdarzyć – w końcu jeszcze co najmniej pół roku do wyjazdu. Lech potrafił w 3 minuty strzelić 2 bramki i zremisować to i kurs może podobne cuda. To działa w dwie strony.
Btw. Jakby ktoś chciał się wybrać razem z nami mogę podać namiary na biuro podróży. Będzie raźniej...
Zmiana planów - jednak Grecja. Dogodniejszy termin.
7 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
7 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Pink & Blue Obsession
Po powrocie ze Szkocji opisywałem w jednym ze swoich wpisów swoistą obsesję Szkotów / Anglików do koloru różowego. Przeglądając American Photo Magazine natknąłem się na taką oto sesję fotograficzną Pana JeongMee Yoon:
Nawet kuzynka mojej P. ma obsesje na punkcie różowego. Do tego dochodzi moda „na supermena” i wszechobecna Doda. Tylko cholera czemu niebieski i różowy? To się robi monotematyczne…
♫ Aventura - Obsession
Wniosek: Niech żyje konsumpcjonizm!
8 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Rzetelne dziennikarstwo
Rzetelne dziennikarstwo. Czy może nie lepiej napisać „żetelne” dziennikarstwo?
Jakiś czas temu próbowałem sobie odpowiedzieć na zadane przez samego siebie pytanie: jak to się dzieje że takie serwisy jak Onet, Wirtualna Polska, Gazeta.pl czy Dziennik.pl maja taką rotację artykułów? Kto to pisze? Jakie są koszty?
Odpowiedz nasuwa się jedna – wystarczy sprytnie użyć wyszukiwarki by odkryć druzgoczącą prawdę.
Przeprowadziłem analizę treści wybranego artykułu (uwaga na daty):
Do internetu przedostało się nagranie z przygotowań do wejścia na wizję Kamila Durczoka. Burzy ono mit o radosnej atmosferze, która panuje w studiu telewizyjnym. Gwiazdy wcale nie bawią innych anegdotami, lecz w pośpiechu próbują okiełznać żywioł w studiu. To stąd te wulgarne wybuchy. [fragment z dziennik.pl 14 lutego 2009 23:41]
i…
Od pewnego czasu polscy internauci podsyłają sobie link do pliku wideo, na którym widać Kamila Durczoka klika minut przed wejściem na antenę "Faktów TVN". Lubiany przez miliony Polaków dziennikarz rozmawia ze swoimi współpracownikami wulgarnym językiem. [fragment z media2.pl 14 lutego 2009, godz. 15:32]
oraz
Po Tomaszu Lisie - którego dawno temu nagrano, gdy wulgarnie beształ współpracownika - to samo spotkało Kamila Durczoka. Nagranie - od którego dosłownie więdną uszy - chyba nie podoba się pracodawcom Durczoka. TVN robi co może, by "soczyste" wideo wycofać z Internetu [fragment z dziennik.pl 14 lutego 2009 23:41]
i…
Zainteresowany sytuacją trafiłem na portal Media2.pl w którym opublikowano artykuł o czyszczeniu Internetu przez TVN z powodu wpadki Durczoka. Jeszcze kilka lat temu, można było usłyszeć podobny fragment w wykonaniu Tomasza Lisa. Jemu tym razem nie spodobała się plansza jaka została przygotowana przez grafika. [fragment z koval.com.pl 14 luty 18:00 - fakt ze nawet nie zmienili linków do YouTube świadczy o wzorowaniu się na moim wpisie; i media2.pl 14 lutego 2009, godz. 15:32]
Oraz
"Od dwóch dni jest tak upier..., że tylko dlatego, że zlikwidowaliśmy ten jeb... przerywnik z góry, to jeszcze się to kur... uchowało" - tlumaczy koledze prowadzący "Fakty" w TVN.
Praca w telewizji jest stresujuąca. Zwłaszcza, gdy - jak ujął to dziennikarz - odpowiada się za to, co oglądają cztery miliony ludzi. A ponieważ Durczok jest jednocześnie menadżerem i dziennikarzem, to nie miał czasu na sprzątanie stołu. Tym bardziej, że właśnie pudrowała go wizażystka. Po kosmetyce twarzy był tak zły na brudny stół, że nie miał już siły na dalsze połajanki. Szepnął sobie tylko pod nosem: "uje... farbą czy nie wiem czym ku...". [fragment z dziennik.pl 14 lutego 2009 23:41]
i…
“Nie wk….aj mnie, dobrze? Od dwóch dni jest tak upierd….y stół tutaj, że tylko dlatego, że zlikwidowaliśmy ten j….y przerywnik, który jedzie z góry, to jeszcze się to jakoś k…a uchowało i ludzie tego nie widzą. Może by ktoś ruszył dupsko i to wyczyścił (…) A jak tu będzie g…o leżało, to je też pokażesz?” - dokładnie tak wyglądała rozmowa Kamila Durczoka przed głównym wydaniem “Faktów”, w czasie, gdy malowała go wizażystka, już w studiu “Faktów”. [fragment z tvnfakty.pl 13 lutego 2009 20:00]
Oraz
TVN bardzo przejął się tą sprawą. Wycofywał filmy z serwisów takich jak youtube. Pisał listy z prośbami powołując się na... prawa autorskie[fragment z dziennik.pl 14 lutego 2009 23:41]
i…
Internauci oburzeni są zachowaniem telewizji TVN, która powołując się na prawa autorskie walczy o usunięcie materiału wideo z sieci. [fragment z media2.pl 14 lutego 2009, godz. 15:32]
i oburzeni internauci…
- Już niestety usunęli film z tuby, ten kto go tam umieścił lepiej niech przerzuci na daily motion lub gdzieś indziej.
w tym przypadku nie ma znaczenia, gdzie zostanie umieszczony filmik. Kontrola nad wszystkim bacznie czuwa - reakcja jest natychmiastowa.
- TVN tuszuje sprawę i kasuje wszędzie materiały wideo
- Dokładnie, tak to właśnie wygląda za kulisami, a TVN próbuje cenzurować Internet i zdecydowanie nie tedy droga. Im więcej razy usuną ten materiał tym większe będzie zainteresowanie i tym częściej będzie sie pojawiał w wielu internetowych źródłach. TVN właśnie takim zachowaniem pokazuje, że w d**** ma wszystkich internautów, w tym korzystających z ich własnych serwisów internetowych (często płatnych) - próbują kastrować Internet i to jest zamach na wolność.
Na podstawie powyższych materiałów można stworzyć swoisty wzór na artykuł do internetowego serwisu: bierzemy 3-4 źródła z danym wydarzeniem, z jednego bierzemy nagłówek, z drugiego treść, najfajniejsze fragmenty, miksujemy wszystko ze wcześniejszymi komentarzami internautów (w końcu dziennikarz musi pokazać opinie społeczeństwa), przeredagowujemy, z youtube.com dorzucamy filmik (o ile jest potrzebny) i nadajemy krzykliwy tytuł.
Co ciekawe – im artykuły są coraz bardziej plagiatowane (kopiowane) tym redakcje kolejnych serwisów są skłonne nadawać mocniejszy wydźwięk artykułom (w tym także tytułom i nagłówkom).
Na powyższym przykładzie „afery” z Kamilem Durczokiem i TVN można świetnie zaobserwować ewolucję informacji w społeczeństwie. Etap rodzenia się plotki, mitu czy nie do końca sprawdzonej informacji. Zaczęło się niewinnie: „Durczok dla tvnfakty.pl: To były krótkie żołnierskie słowa, za to mi płacą”. Następnie „Durczok klnie w sieci - TVN czyści Internet”, „Kamil Durczok klnie w studiu TVN”, „Kamil Durczok podzielił Polaków!”, „Durczok: nie wk…aj mnie!” by na końcu stwierdzić - „Durczok rzucił mięsem i dostał dożywotniego hamburgera”.
Nieustawicznie kopiowana i zmieniana wiadomość ulega zniekształceniu. Można zilustrować to łatwo opisem kasety VHS którą nieustannie kopiujemy lub obrazem / plikiem muzycznym który jest w nieskończoność poddawany kompresji.
Kolejny raz życie pokazuje sztuczną rzeczywistość. Rzeczywistość wykreowaną na szybko, pod presją czasu, dla masowego odbiorcy. Kultura masowa nie ma czasu zastanawiać się nad prawdziwością informacji które uzyskuje. Po prostu przyjmuje je do wiadomości. Stwierdza fakt ich istnienia.
Odpowiedzi na wcześniej postawione pytania same nasuwają się na usta. W przypadki z zasady nie wierzę.
Z drugiej strony nie ma co się dziwić – w końcu kultura masowa wyznaje zasadę wspólnego mianownika: „wszystkie treści zrozumiałe dla wszystkich, w najprostszej formie, mało wyrafinowane”. Taki stan rzeczy skutkuje jednym – na własne życzenie, z niejasnych pobudek otrzymujemy odpadek prawdziwej rzeczywistości. Co najgorsze – godzimy się na to!
3 komentarze
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Game over
Tak żem se pomyślał w kontekście perspektywy 5zł / Euro, 19% bezrobocia, ujemnego wzrostu PKB i zerowych stóp procentowych, o tym że:
Świat się kończy...
A jeszcze niedawno znajomy chwalił się przy wódce, o tym jak klienci dziękowali mu za pomoc w podjęciu decyzji wybrania kredytu hipotecznego w CHF. Teraz to by mu łeb chyba uje...li.
Skutki życia na kredyt wychodzą bokiem. To ja już wolę swoje skromne, szczęśliwe życie w myśl filozofii "szczęścia racjonalnego".
Zresztą nie ma innej możliwości - wg. banków nie mam płynności. Uff!!!
3 komentarze
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Już rezerwowy
Ministerstwo Obrony poinformowało, że weszła w życie ustawa, która przenosi wszystkich poborowych do rezerwy.
Przeniesienie do rezerwy następuje z urzędu i nie wymaga osobistego udziału przy dokonywaniu tej czynności zainteresowanej osoby. Potwierdzenie faktu przeniesienia do rezerwy następuje w formie wpisu zamieszczonego w książeczce wojskowej (wydania stosownego zaświadczenia ) w przypadku stawienia się tej osoby do wojskowego komendanta uzupełnień.
Przepis ten będzie stosowany odpowiednio do osób, które dotychczas podlegały obowiązkowi stawienia się do poboru, ale nie zostały powołane do odbycia zasadniczej służby wojskowej (tzn. nie odebrały kart powołania).
Oznacza to, że wszyscy mężczyźni bez względu na rok urodzenia, którzy mają orzeczoną zdolność do służby wojskowej, z mocy ustawy zostaną przeniesieni do rezerwy bez odbycia służby wojskowej.
Wniosek: Jestem rezerwistą.
Jednym słowem armia mi nie straszna. To kolejny krok rządu do stworzenia armii zawodowej. Na pewno przyniesie to określone korzyści. Więcej osób zdolnych do pracy, mniejsze koszty utrzymania jednostek wojskowych, rekrutacja osób które wykazują chęć do służenia RP.
Swoją drogą, polityka w tym zakresie (bez znaczenia która partia aktualnie rządzi) jest mniej więcej spójna. Od ponad 10 lat zmniejsza się liczbę żołnierzy. Aktualnie Polska posiada około 127 000 wojskowych (dane na 31 styczeń 2009).
Do niedawna inna ustawa pozwalała na pobór do wojska nawet i 50latków, którzy wcześniej zostali przeniesieni do rezerwy po ukończeniu 28 roku życia (lub na mocy rozporządzenia Ministra). Jednak rozwiązanie takie, które umożliwiło większy zakres poboru okazało się martwym przepisem. Niepotrzebnie tylko „nastraszono” poborowych, którzy nie odbyli służby wojskowej. Nawet mój ojciec stwierdził, że jeżeli miałby być powołany kolejny raz do wojska na „przeszkolenie” nie stawiłby się ponieważ „składał przysięgę na Związek Radziecki”.
Polska armia z tego tylko tytułu może zaoszczędzić ponad 2 miliardy złotych. Zaoszczędzone pieniądze będzie można spokojnie zainwestować w zakup nowego, bardziej zaawansowanego technologicznie sprzętu (w myśl wyznaczonej strategii rozwoju sił zbrojnych do 2030 roku).
6 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
I'm just a dreamer
Gazing through the window at the world outside
Wondering if mother earth will survive
Hoping that mankind will stop abusing her, sometime
After all theres just the two of us
And here we are still fighting for our lives
Watching all of history repeat itself, time after time
[...]
I watch the sun go down like everyone of us
Im hoping that the dawn will bring a sign
A better place for those who will come after us this time
[...]
Your higher power may be God or jesus christ
It doesnt really matter much to me
Without each others help there aint no hope for us
Im living in a dream, a fantasy
Oh yeah, yeah, yeah
If only we could just find serenity
It would be nice if we could live as one
When will all this anger, hate and bigotry be gone?
♫ Ozzy Osbourne - Dreamer
Mam wrażenie, że wpadam na tę piosenkę przez całe życie.
Pomarzyć dobra rzecz...
Dodaj komentarz
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Durczok bluzga...
... a w TVN24 żartują.
W poranku TVN24 jednym z dzisiejszych gości był Szymon Majewski. Rano jeszcze nie skumałem żartu Majewskiego i Jakuba Porady Jarka Kuźniara (prowadzącego). Szymon wymalował na policzku Jakuba Porady Jarka Kuźniara ładne, czerwone serduszko, po czym zaczął bawić się zestawem do makijażu. Jakub Porada stwierdził:
Szymon! Uważaj. Bo pobrudzisz (dop. stół).
Szymon Majewski stwierdził wtedy: "A co Durczok się zdenerwuje?" i zaczął intensywnie wycierać stół specjalnie dla Kamila Durczoka twierdząc, że to prezent na dzień Walentynek dla prowadzącego Faktów.
Ogólnie rzecz biorąc nie zrozumiałem analogii. Dziś pod wieczór wpadł mi w ręce film z Kamilem Durczokiem, który niezadowolony z warunków panujących w studio strofuje współpracowników.
Zainteresowany sytuacją trafiłem na portal Media2.pl w którym opublikowano artykuł o czyszczeniu Internetu przez TVN z powodu wpadki Durczoka. Jeszcze kilka lat temu, można było usłyszeć podobny fragment w wykonaniu Tomasza Lisa. Jemu tym razem nie spodobała się plansza jaka została przygotowana przez grafika.
Ładnie ładnie, przynajmniej jest wesoło.
Update: I jest coraz weselej - Kamil Durczok otrzymał od sieci Burger King bezpłatny kupon, który uprawnia go do nieograniczonego dostępu do wszystkich restauracji w Polsce. Według pomysłodawców obdarowania Kamila Durczoka takim prezentem dziennikarz idealnie wpisał się filozofię Burger Kinga - Have It Your Way. Więcej na blogu Hatalska.com.
Wniosek: Rzucanie mięsem może się opłacać.
13 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
8 pytań
W książce, która opowiada o 8 pytaniach jakie należy sobie zadać przed rozpoczęciem projektowania kampanii marketingowej znalazłem dość ciekawy fragment:
Wyobraź sobie, że biznes to podróż, w którą się wybierasz samochodem. Jeśli nie znasz:
- celu podróży
- drogi
- czasu potrzebnego na dotarcie do celu
- szybkości, z jaką może jechać Twój samochód
- spalania na 100 km
- ceny paliwa
To jedynie przy bardzo dużym szczęściu taka podróż może się powieść. Nawet jeśli dojedziesz to nie wiesz czy będzie to za 5 godzin czy za rok. Nic nie wiesz. Kto rozważny wybiera się w podróż bez tej wiedzy? Chciałoby się powiedzieć: "NIKT!"... a jednak 9/10 małych biznesów to taka właśnie podróż.
1 komentarz
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Polnische Wirtschaft, czyli sprawa Rokity
Sprawa Jana Rokity, która wydarzyła się na lotnisku w Monachium uzmysławia Polakom (i mam nadzieje nie tylko) prawdziwy obraz narodu Niemieckiego, niemieckiej policji i światopoglądu, który mimo zakończenia II wojny światowej 64 lata temu nadal aktywnie funkcjonuje w umysłach co po niektórych.
Z jednej strony mamy doczynienia z wypowiedziami niemieckich polityków, którzy chcą niemiecko-polskiego pojednania. Ba – twierdzą, że takie nastąpiło, że narody ze sobą aktywnie współpracują. Z drugiej strony słyszy się o blokadach polskich projektów energetycznych w Unii Europejskiej przez niemieckich polityków. A co gorsza widzi się takie sceny, w których dorosły człowiek (Jan Maria Rokita) jest doprowadzony przez funkcjonariuszy niemieckiej policji i załogę samolotu linii Lufthansa do stanu, w którym nie panuje nad sobą. To znaczy krzyczy i rozpaczliwie błaga o pomoc.
Jan Maria Rokita, zapytany na antenie TVN24 o to, czy słowa do pozostałych pasażerów „Ratunku, pomocy!” rzeczywiście należą do niego. Jego odpowiedz opatrzona jest wielkim wahaniem. Nie może stwierdzić jednoznacznie, nie pamięta. Człowiek doprowadzony do skrajnego stresu nie jest wstanie przypomnieć sobie co właściwie się stało. Przypadek Rokity potwierdza tą regułę.
Na podstawie ostatnich wydarzeń osoba, która nie miała styczności bezpośrednio z narodami niemieckojęzycznymi może wyrobić sobie świetny światopogląd na ich temat. Ocenić na tej podstawie rzeczywistość. I jeżeli tak by zrobiła wcale nie byłby to błąd. Każdy, kto miał okazje przejeżdżać przez terytorium Niemiec lub Austrii wie o co chodzi.
Uprzedzenia są zjawiskiem szeroko rozpowszechnionym, obecnym we wszystkich społeczeństwach świata. Są one emocjonalnym komponentem postaw, czyli negatywną lub wrogą postawą wobec ludzi wyodrębnionych wyłącznie na podstawie przynależności grupowej. Stereotypy są natomiast poznawczym komponentem postawy. Definiowane są jako generalizacje dotyczące grupy, gdzie wszystkim jej członkom przypisuje się te same cechy, niezależnie od rzeczywistego ich zróżnicowania. Stereotypy mogą dotyczyć narodu przynależności etnicznej, rasowej, płci, seksu, wyglądu, stanu życiowego, religii, zawodu, hobby i właściwie niezliczonej ilości dziedzin życia.
Skrajna nieuprzejmość, niechęć, wręcz odraza do Polaków, dziwne odzywki, gburowatość, okazywana wyższość nacji aryjskiej nad innymi, władczość – to tylko część cech jakie można zauważyć min. u Niemców i Austriaków podczas kontaktów z Polakami. Do tego wieczne poczucie, że rozmawia się ze złodziejem, leniem, nierobem i pijakiem. W samych Niemczech takie postrzeganie Polaka nazywa się mianem Polnische Wirtschaft.
Kilka lat temu Günter Verheugen wypowiedziŁ na łamach „Tygodnika Powszechnego”:
Polacy powinni zrozumieć, że ich narodowa historia i tradycja nie są miernikami historii i tradycji innych europejskich narodów
Wypowiedz ma o tyle sens, jeżeli zastanowimy się o co chodziło tak naprawdę autorowi tych słów. Niemcy chwalą Polaków za ich dążenia niepodległościowe i wolnościowe. Uważają, że jest to niebywałe osiągniecie przeciwstawić się władzy i dopiąć swego. Uważają również, że te dążenia wolnościowe są swoistą wadą Polaków (zwracam uwagę na tło historyczne – Niemcy byli okupantem Polski, były próby zniemczenia Polaków). Twierdzą, że nasze poczucie wolności jest nieco „dziwne” – jesteśmy dzielni a zarazem kłótliwi i niepraktyczni, a wolni czujemy się tylko wtedy, gdy mamy jak najwięcej prawa dla siebie, a mniej obowiązków (poglądy te nadają pewien wymiar traktowaniu min. Jana Rokity zarówno w samolocie jak i posterunku Policji).
Wniosek: Lubimy Niemców dopóki sami nie padniemy ich ofiarą
W celu przeciwdziałania stereotypom i uprzedzeniom podam kilka danych statystycznych: 27% badanych Niemców uważa, że Polak jest staranny i pilny. 15% uważa, że Polak jest przyjazny, 12% - pomocny, 12% - religijny. Również 12% Niemców uważa, że Polak... kradnie. Wśród zalet typowego Polaka, Niemcy wymieniają gościnność (18%), skłonność o niesienia pomocy (18%), dobroć (18%). 12% Niemców uważa, że Polak jest przyjaźnie nastawiony do innych narodowości. 9% respondentów uważa Polaka za „duszę towarzystwa”, czyli osobę lubiącą się bawić. Jeśli chodzi o wady statystycznego Polaka, Niemcy wskazują na skłonność do okradania innych (24%). Pozostałe przywary Polaków to: pijaństwo, nieuczciwość, zbędny przyrost dumy i upór. Zdaniem Niemców najważniejsze dla Polaków są pieniądze (39%). Na dalszych miejscach znajduje się rodzina (36%), samochód (26%) i alkohol (15%). Tylko 12% Niemców uznało, ze dla Polaków duże znaczenia ma kościół. Najchętniej Niemcy wypowiadają się na temat wyglądu zewnętrznego statystycznego Polaka. 30% respondentów uznało, że Polacy elegancko się ubierają. 27% uważa, że typowy Polak jest zadbany. Takiej samej liczbie Niemców Polak kojarzy się z ciemnymi włosami. 24% wskazało na cechę charakterystyczną szerokich policzków. Zdaniem 15% badanych typowy Polak jest szczupły. Ciekawostką jest to, że Niemki traktują typowego Polaka jako przystojnego i eleganckiego mężczyznę. Jednak w przeważającej części uważają tak tylko kobiety, które ukończyły 30 rok życia. [dane: Alexandrer Majstrenko-Nowak]
6 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Pierwsza komunia czyli 100% oldschool
Ach te piękne lata 90. Już wtedy w wolnej Polsce. Nawet kiełbasa i cukierki były.
Nawet wtedy w drugiej klasie podstawówki wszyscy liczyli tylko na koperty, rowery i zegarki. Pamiętam, że za otrzymane pieniądze zakupiłem sobie telewizor 21" marki Elemis i Pegasusa z kilkoma grami. Reszte pieniędzy (dużo już nie zostało, około 200zł) zainwestowałem w lokatę. Chyba do dziś ten materializm mi został w głowie.
Wniosek: Keep it fun
13 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Zagadka
Ile to jest 1.500.000.000.000$ w przeliczeniu na PLN?
Nie wiem czy to dużo, ponieważ tyle chce dać amerykański rząd bankom "premii" za ich głupotę od której nikt nie chciał ich ubezpieczyć? Pytam, gdyż nie wiem czy dolar jest rzeczywiście tyle warty ile się pozornie każdemu wydaje?
Jeszcze bardziej zastanawiać może fakt - skąd taka ilość pieniędzy się bierze? Znikąd? Pewnie tak (proces kreacji pieniądza opisałem wcześniej). W końcu FED nigdy nie ujawnia ile "wydrukowano" nowej gotówki.
Kto za to płaci? Ja nie, ale głupi Amerykanie już tak...
22 komentarze
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Kulisy wycofania reklamówek ze sklepów
O swoich przemyśleniach nt. sprzedawców i nie udostępniania opakowań (torebek, reklamówek, foliówek) pisałem nieraz. Teraz postanowiłem zasięgnąć prawa.
W 1995 roku została powołana w życie ustawa w sprawie szczegółowych warunków zawierania i wykonywania umów sprzedaży rzeczy ruchomych z udziałem konsumentów. Posiadała ona taki zapis:
§ 13. 1. Towar powinien być wydany konsumentowi w należytym opakowaniu, chyba że z charakteru danego towaru oraz stosowanego powszechnie sposobu jego sprzedaży wynika, że bez uszczerbku dla towaru lub uzasadnionego interesu konsumenta towar może być sprzedany bez opakowania.
2. Towar dostarczony przez wytwórcę lub inną jednostkę gospodarczą w jednostkowym oryginalnym zamkniętym opakowaniu fabrycznym, który ze względu na swój charakter nie wymaga sprawdzenia funkcjonowania, powinien być sprzedawany konsumentowi bez naruszenia tego opakowania.
3. Przy sprzedaży samoobsługowej należy nieodpłatnie udostępnić konsumentowi materiały odpowiednie do zapakowania zakupionego towaru.
Przepis ten jasno narzucał sprzedawcom (marketom, supermarketom, hipermarketom) udostępniania konsumentom materiałów do opakowania zakupionych towarów. Tak właśnie wtedy było – w sklepach można było znaleźć foliówki, reklamówki, torebki a nawet kartony aby zapakować kupiony towar.
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Nie wiem, nie chce dociekać, możliwe że celowo, ustawa ta została uchylona przez ustawę z dnia 2 marca 2000 r. o ochronie niektórych praw konsumentów oraz o odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny. Reszta przepisów związana ze sprzedażą konsumencką została uregulowana w ustawie z dnia 27 lipca 2002 roku o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej, która w swoim brzmieniu jest podobna do ustawy z dnia 30 maja 1995 za wyjątkiem min. tego przepisu nakładającego na sprzedawcę obowiązek udostępnienia materiałów umożliwiających opakowanie towaru.
Zaciekawiło mnie to nawet bardzo. Wręcz zaintrygowało, jak to się dzieje, że przepis znika pod gąszczem nowych przepisów w myśl szczytnej idei „CHROŃ ŚRODOWISKO NATURALNE”.
Hipokryzja sklepów wielko powierzchniowych tym bardziej może bulwersować gdyż nikt nie wspomniał o powstaniu pewnej luki w prawie pozwalającej sklepom samoobsługowym na wycofanie foliówek / wprowadzenie opłat za nie. W działach Public Relations poniosła wyobraźnia – sprawnie poinformowano społeczeństwo o pozytywnych zmianach jakie dokonują się w myśleniu u dużych przedsiębiorstw – „teraz dbamy o środowisko naturalne”. Wpisano się świetnie w ogólnoświatowy (europejski) trend. Podczepiono się pod kilka ekologicznych akcji i kampanii społecznych. Szybko policzono, że Polacy w ciągu pełnego roku kalendarzowego otrzymują od sklepów 11 miliardów torebek foliowych. Daje to niebagatelną kwotę 100 milionów złotych. Ba – bezczelnie wprowadzono opłaty za zakup toreb wielokrotnego użytku.
Wniosek: I biznes się kręci
7 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Niektórzy nadal mają wizję. To się chwali.
Z Pulsu Biznesu wynotowałem sobie kilka fajnych fragmentów z wywiadu z Romanem Kluską, byłym właścicielem Optimusa, jednej z największych marek regionu Nowosądeckiego (obok takich marek jak Konspol, Koral, Wiśniowski, Fakro, National-Louis University).
Ryszard Krauze, widząc mnie zafascynowanego internetem w początkach Optimusa, pytał z niedowierzaniem: "A co ty w tym widzisz takiego"?
No i stało się. Dlatego Krauze wydobywa ropę, a Roman Kluska poszedł w rolnictwo (ma farmę Owiec, elektrownie słoneczną, mleczarnie i ma zamiar produkować sery z owczego mleka). Pierwszy wierci szyby naftowe bo nie docenił Internetu, drugi jest rolnikiem ponieważ go przecenił.
...takie prawo to jak za Niemca.
Niestety, biurokratyczna machina działa. Skutecznie uniemożliwia działalność podmiotom, które chcą tworzyć miejsca pracy, zarabiać, generować zasoby. Ale to taka unijna i urzędnicza hipokryzja. To czego wymaga się w Polsce i od Polski nie koniecznie jest egzekwowane w krajach starej Unii.
Generalizując: Jan Paweł II w książce "Pamięć i tożsamość" ocenił, że nie może człowiek dowolnie manipulować prawem, bo jeśli tak, niedługo pod pięknym słowem demokracja będziemy mieli kolejny system totalitarny. Oby się pomylił.
i ..
...gdy zrobi się to w pierwszych stu dniach rządzenia. Potem jest za późno, zgodnie z tą teorią (teoria tyranii status quo). Dla obecnego rządu jest już za późno. Tylko przygotowanie konkretnych ustaw przed podjęciem władzy i wprowadzenie ich od razu, na pierwszym posiedzeniu Sejmu, przyniesie skutek. Tak, żeby nowi ministrowie objęli stołki z dużo mniejszym władztwem. Bo inaczej wchodzi ekipa, przyzwyczaja się do władztwa i wiadomo, że za żadne skarby nie odstawi sobie mleczka. Nie ma sposobu, żeby sprawujący władzę sam dokonał ograniczenia.
I jest w tym dużo racji. Głosowałem na PO. Twierdzili że przez cały okres rządzenia PiS'u działał gabinet cieni (wypowiedz J. M. Rokity).Były plany, chcieli dobrze, a jak zwykle wyszło chujowo. Swojego czasu usłyszałem fajny tekst, że wszystko co w Polsce ciekawe to "chujnia". Zamiast adaptować / tworzyć nowe rozwiązania, lepsze rozwiązania debatuje politycznie na tematy ekonomiczne. A potem Leszek Balcerowicz musi dawać wykłady na zagranicznych / polskich uniwersytetach o mitach politycznej debaty w aspekcie pojęć ekonomicznych: schizofrenia polityczna - "z jednej strony politycy i urzędnicy stanowią grupę o bardzo niskim prestiżu społecznym; pogardliwie i lekceważąco stosuje się wobec nich niedopuszczalny wielki kwantyfikator - “wszyscy”, w stylu: “wszyscy szewcy oszukują na zelówkach”. Z drugiej strony istnieje powszechne oczekiwanie, że państwo rozwiąże każdy problem", rzeczpospolita kibucników - "Następnym problemem jest zespół powszechnych, również (a może szczególnie) wśród osób legitymujących się wyższym wykształceniem, postaw wobec rynku, czyli masowego mechanizmu współpracy międzyludzkiej. Dostrzec tu można moralistyczną pogardę wobec tego ułomnego, jak wszystko, co ludzkie, sposobu współpracy. Problem polega na tym, że krytykuje się faktyczne czy rzekome ułomności rynku, nie mówiąc, co się dzieje, gdy rynku nie ma lub jest go mniej. Według niektórych “moralistów”, gdyby nie wolny rynek, to społeczeństwo stanowiłoby wielką solidarystyczną wspólnotę: jakby kibuc", słowa - "mity oparte na pewnych słowach-wytrychach, wywołujących określone i noszące znamiona oczywistości skojarzenia. Niech za przykład posłuży społeczny żywot słowa “kapitalizm”, używanego powszechnie z negatywnym wydźwiękiem. Hasło to zostało wynalezione przez wrogów jego desygnatu, czyli socjalistów. Lecz z jakiego punktu widzenia kapitalizm jest złem (często: “złem koniecznym”!)", bezrobocie - "Panuje powszechna opinia, przyjmowana jako oczywistość, jakoby wysokie bezrobocie było rezultatem wolnorynkowych reform i było typowe dla kapitalizmu. W związku z tym: im mniej reform, tym mniej byłoby bezrobocia. Fałsz tych rewelacji wykazać jest dziecinnie prosto: spójrzmy na kraje OECD, te z wysokim bezrobociem, jak Francja, Niemcy, Włochy - czyżby to były przykłady dzikiego kapitalizmu?". I bardzo ładnie Balcerowicz podsumował brednie (w końcu to Polska tu się bredzi idąc za jednym z użytkowników joggera) - "Dlatego nie powinno być taryfy ulgowej dla producentów bredni - szczególnie z profesorskimi tytułami. Brednie należy zwalczać. Nie tylko za pomocą naukowych wywodów, ale i ostrzem satyry.". Popieram. [calościowy tekst]
Panie prezesie, nie będę owijał w bawełnę. W ministerstwie mam 5 tys. ludzi. 500 udaje, że coś robi, a reszta nawet nie udaje.
Czyli - czy się stoi czy się leży 5 000 się należy...
Kryzys mnie nie szokuje. Od trzech lat byłem przekonany, że nastąpi. Jestem bardziej zaniepokojonym tym, że nie mówi się o nim prawdy. Nie spowodował go przecież wolny rynek, lecz jego brak.
Społeczeństwo wie, jak wyjść z kryzysu, bo wie, jak oszczędzać i jak zarabiać w swojej małej rzeczywistości.
Swojego czasu czytałem o tym ze ludzie maja naturalna zdolność do oszczędzania i do produkowania zasobów czy przedsiębiorczości. Niestety rynek im tego nie umożliwia, stad mamy takie różnice w rozwoju wielu państw na świecie.
4 komentarze
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Opór przed robieniem zdjęć z bliska
Pierwsza i chyba najważniejsza zasada fotografii:
Jeśli twoje zdjęcia nie są dostatecznie dobre, to nie jesteś dostatecznie blisko.
Ważne by nie bać się podejść, zbliżyć. Wielu, w tym ja ma naturalne opory w tym by robić obcym rzeczom, często innym ludziom zdjęcia z bliska. W moim wypadku boję się ich reakcji, niechęci, złości. Szczególnie w Polsce - rodaków znam na tyle dobrze, że wiem na co ich stać. Czasami wolę sobie oszczędzić przykrości.
Czasami jednak mnie ponosi, głównie na wyjazdach. Opory znikają, a zdjęcia mają taki efekt jaki się zakłada. Po tym zresztą poznaję czy dany wyjazd / wypad / wycieczka była udana.
Btw. Zdjęcia zrobione jeszcze starym sony 3,2mpx. Max jego możliwości.
Jedyna wątpliwość która zawsze miesza w głowie - "pytać czy robić bez pozwolenia"?
♫ Culture Beat - Anything
7 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Kibice faluja, Wyborcza fałszuje
W Polsce znać musisz prawdę tę smutną,
Jak łeb wystawisz, to ci go utną.
Odnieść sukces w naszym kraju jest czymś w rodzaju survivalu dla największych twardzieli. Ledwie bowiem zaczniesz wyrastać ponad przeciętność, stajesz się obiektem zainteresowania wszelkiej maści "życzliwych". Każdy z nich, życząc ci wszystkiego najlepszego, zrobi wiele by cię zniszczyć. Prześwietli twoje życie dowolnie interpretując wydarzenia i wyciągając własne, zwykle mało przychylne, wnioski. Możesz się bronić, zaprzeczać i tłumaczyć, ale z góry stoisz na straconej pozycji. Podejrzliwość to choroba dość powszechna i często ten, komu postawi się zarzut, od razu staje się winnym. Oczywiście istnieje domniemanie niewinności, ale w większości wypadków stanowi ono drugoplanową dekorację dla świętego oburzenia i potępienia. Domniemamy niewinność wówczas, gdy sprawa dotyczy nas samych, lub jest nam bliska. Innych najchętniej walimy obuchem między oczy. Gdyby oskarżeni w Polsce poddawani byli takiej karze, jaką zasądzi opinia publiczna, pełno mielibyśmy ludzi z odciętymi członkami. Pełno mielibyśmy niewinnych osadzonych, a nawet straconych. I czasem wystarczy do tego plotka, kłamstwo, sugestia.
Symbolem sukcesu w polskiej piłce klubowej stał się w ostatnim czasie Lech Poznań. Klub znakomicie zarządzany, osiągający dobre wyniki i będący ikoną całego wielkiego regionu Polski. Klub, który w najbliższych latach miał szansę na długo oczekiwane wypłynięcie na szersze, europejskie wody. Jak zwykle w takich przypadkach trafił najpierw pod lupę. Mało istotne są w tej chwili motywacje osób dzierżących lupę może są zgryźliwi z natury, może szukają szansy na zaistnienie, działają na zamówienie, albo mają poczucie misji lub woleliby by okręt flagowy nosił inną banderę. To nie ma znaczenia. Ważniejsze, że prowadzi się bezprzykładną kampanię przeciw dobremu wizerunkowi Lecha, na pierwszy ogień biorąc jego kibiców.
Gazeta Wyborcza ma stygmatę opiniotwórczej i bezkompromisowej w promowaniu własnej wizji świata. Trudno musi się pracować w takich warunkach dziennikarzowi sportowemu, do którego należy jedynie relacjonowanie wydarzeń sportowych, podczas gdy redakcyjni koledzy od polityki kształtują opinię społeczną. Ambitni fachowcy od sportu w Gazecie Wyborczej nie akceptują takiego stanu rzeczy i widzą dla siebie rolę sumienia sportowej Polski. Strofują działaczy, korygują błędy trenerów, pouczają jak postępować z kibicami, zatrudniają, zwalniają i oceniają. A przy tym śledzą i wykrywają nieprawidłowości. Chwała im za to. Pod warunkiem, że piszą prawdę i nie uprawiają propagandy rodem z dużo mniej ambitnych tabloidów.
Całą serię artykułów poświęcono ostatnio kibicom Lecha. Tym samym, których wielokrotnie chwalono za znakomity doping, świetną atmosferę i oprawy meczów. Nie urzekły one jednak dziennikarzy Gazety. Z ironią pisano o zawodach w rozkładaniu flagi, a z oburzeniem o nakazie śpiewania w sektorze przeznaczonym dla śpiewających. Składkę na oprawy meczowe potraktowano jak haracz, a z samych kibiców należących do Stowarzyszenia Wiara Lecha zrobiono kiboli przemycających narkotyki i handlujących lewymi biletami. Zarzucono, że w Poznaniu na stadionie rządzi mafia. I tym samym zamknięto usta ewentualnym obrońcom kibiców Lecha. Kto będzie chciał stawać po stronie bandziorów i narażać własną reputację? Kto chciałby dowiedzieć się, że sam jest bandziorem? Takich ludzi jest niewielu i dlatego zapewne łatwo przychodzi redaktorom działu sportowego Gazety Wyborczej rzucanie najgorszych nawet podejrzeń i oskarżeń. Nie jest istotne, że nie mają one pokrycia w rzeczywistości. Ważne, że służą rzekomo wyższemu celowi, jakim jest dobro polskiej piłki nożnej. W imię tego można swobodnie naginać fakty, przeinaczać wydarzenia, manipulować wypowiedziami, posługiwać się pomówieniami, insynuacjami i oszczerstwami. Niemoralne? A kto by się przejmował moralnością, gdy prowadzi się walkę z kibolami.
Wiadomo nie od dziś, że kibic piłkarski to samo zło. W Polsce mamy, co prawda, kategorię wspaniałych polskich kibiców, ale występują oni niemal wyłącznie w odniesieniu do meczów reprezentacji Polski, a szczególnie w innych niż piłka nożna dyscyplinach. (Abstrahuję tu od faktu, że mój znajomy dostał raz w życiu w twarz i było to na wspaniałopublicznościowej imprezie z udziałem Adama Małysza.) Zakłada się, że istnieje jakże pożądana grupa kibiców-inteligentów, którzy chętniej chodziliby na mecze, gdyby nie bandziory zasiadające obecnie na stadionie. Eliminując tę zbieraninę, otwieramy bramy dla kibica klasy średniej, który tylko czeka aż uporządkujemy dla niego trybuny. Jest w tym myśleniu tyleż naiwności marzyciela, co krótkowzrocznej głupoty. Przecież 20 tysięcy bandziorów zasiadających obecnie na stadionie Lecha pozbawionych szansy pójścia na mecz, będzie musiało sobie znaleźć inną rozrywkę.
Redaktorzy Gazety Wyborczej nie zastanawiają się, co się dzieje z kibicem wychodzącym ze stadionu. Wydaje im się, że popada w stan międzymeczowej hibernacji. Znika. Kończy się wraz z końcem meczu. Nie stanowi części społeczeństwa, nie dokłada się do bogactwa kraju, regionu czy miasta. Nie płaci podatków, nie pracuje, nie uczy się, nie dba o rodzinę czy otoczenie. Nie jest lekarzem, urzędnikiem, studentem, robotnikiem czy kasjerem. Kibol to odrębna kategoria wynaturzonych ludzi gorszych, niepełnoprawnych obywateli. Takich, o których można powiedzieć wszystko i których przez sam fakt uczestnictwa w kolorowym zgromadzeniu uważa się za podejrzanych. Z kibolami nie można rozmawiać czy współpracować. Należy okazać im brak szacunku i tępić. Zanim założą szal i przekroczą bramę stadionu mogą być kim chcą. Potem są już nikim. Tak oto traktujemy się wzajemnie. Ale jeśli kibolstwo objawia się w momencie wejścia na trybuny, jaką mamy pewność, że zapędzając na stadion widza klasy średniej nie tworzymy sobie nowej kategorii chuligana klasy średniej. Wystarczy zainteresować się nieco psychologią by nabrać wątpliwości.
Nie do nas należy wyręczanie władzy sądowniczej w orzekaniu na podstawie własnego urojenia kto jest bandytą, a kto nie. Możemy wyrażać się z pogardą o kibolach, ale świadczy to przede wszystkim o naszej własnej niedojrzałości i braku wyrozumiałości. Kibic, kibol, czy szalikowiec to przede wszystkim człowiek. W cywilizowanym społeczeństwie powinniśmy rozumieć, że każdy cel można osiągnąć współpracując z drugim człowiekiem, okazując mu szacunek i zrozumienie. Ostracyzm i alienacja są ostatecznością i nie dają najlepszego świadectwa naszym zdolnościom negocjacyjnym. Tam, gdzie dochodzi do wykluczenia mamy do czynienia ze słabością społeczeństwa, które zamiast rozwiązać problem wolało zamieść go pod dywan. Taka właśnie słabość i niechęć do dialogu leży u podstaw konfliktu między kibicami Legii i jej Zarządem. Kult pracy organicznej przyświeca zaś Zarządowi Lecha i jego kibicom. Pisze się więc o dwóch modelach radzenia sobie z tzw. „problemem kibiców”. Jednym ma być polityka nakazywania i karania. Drugim polityka zaangażowania i współpracy. Rozumiem, że można się opowiadać za pierwszym z tych modeli. Ale to jeszcze nie znaczy, że należy zwalczać ten drugi, który chwilowo okazuje się lepszy i skuteczniejszy. Chyba, że wbrew deklaracjom wcale nie ma się na sercu dobra polskiej piłki.
Lech Poznań wyrósł ponad przeciętną. Piłkarze odnoszą sukcesy, kibice walą na stadion drzwiami i oknami, a specjaliści od marketingu i zarządzania nie mogą się nachwalić pracy Zarządu klubu. Wystarczył tydzień, by ten wizerunek został zachwiany. Pojawiły się zarzuty korupcyjne, które mam nadzieję zostaną jak najszybciej rozstrzygnięte w imię czystości i uczciwości. Rozstrzygnięte przez sąd, a nie przez media, które jak nieraz widzieliśmy chętnie mnożą zarzuty. Jednocześnie powiedziano wiele złego o samym klubie i oddanych mu ludziach. To ważny test. Stanąć w obronie Lecha to obowiązek każdego kibica. Stanąć w obronie kibiców Lecha to obowiązek każdego Wielkopolanina. Bo my wiemy, czym jest dla nas Kolejorz i wiemy, kim są jego kibice. To nie żadni bandyci. To jedni z nas. To my.
Przedruk w imieniu autora.
Autor: Artur Habant.
Artykuł został również opublikowany w dniu 6 lutego 2009 na oficjalnej stronie Stowarzyszenia Wiara Lecha.
6 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Prawie zostałem prostytutką
Tak dokładnie. Dobrze przeczytałeś drogi internetowy kolego, droga internetowa koleżanko. Uffff, o mało co…
Zacznę od definicji prostytutki:
Osoba sprzedająca siebie za pieniądze.
Lub wg nonsensopedii:
Prostytutka (dziwka, kurwa, kurtyzana, kobieta lekkich obyczajów, pani gościnna w kroczu, jagodzianka, grzybiarka ) – najstarszy zawód świata, z którym wiąże się przysłowie „żadna praca nie hańbi”. Kobiety takie są bardzo cenione przez obywateli. Same o sobie lubią mówić jako „kobiety wyzwolone”, tudzież „kobiety zaradne”.
Dodatkowo wikipedia wspomina o tym, że prostytucja może być w wykonaniu także i męskim.
Idąc dalej:
Art. 204. § 1. Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, nakłania inną osobę do uprawiania prostytucji lub jej to ułatwia, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
Oczywiście w moim przypadku nie chodzi o świadczenie usług seksualnych, co nie znaczy że nie można nazwać innego aseksualnego czynu takim hasłem. Uchylając rąbka tajemnicy wspomnę o prostytucji internetowej, której objawem jest sprzedaż własnej tożsamości na rzecz innych użytkowników Internetu.
Jak można świadczyć usługi prostytucji internetowej?
Jest kilka sposobów, do najważniejszych zaliczyłbym:
- Informowanie wszystkich o wszystkim co się robi (byłem tutaj, zadzwoniłem tam, bo X chciał ale ja nie mogłem bo powiedziałem Z że przyjdę tamtędy i załatwię to) – mało szkodliwa forma prostytucji internetowej, często niezamierzona.
- Celowe wykorzystywanie swojego autorytetu wśród internautów (poczytny blog) do sprzedaży usług/produktów lub promowania ich w celu uzyskania korzyści majątkowych
Niestety miałem i czuje że mam kontakt z tą 2 formą internetowej prostytucji. Aktualnie w polskim regionie Internetu funkcjonują dość sprawnie takie serwisy jak Blogvertising.pl, oferujące nowoczesną formę reklamy na blogach osób zarejestrowanych w tym serwisie (trendsetting, marketing wirusowy). Reklama polega na pisaniu artykułów na z góry narzucony temat i umieszczenie ich na swoim blogu w zamian za otrzymane wynagrodzenie. Mam pewne wątpliwości co do tego typu działalności, również pod względem etycznym i moralnym.
Witaj,
Miło jest nam poinformować, iż nasz klient wybrał Twojego bloga do swojej zamkniętej kampanii reklamowej. Chodzi o napisanie tekstu komercyjnego promującego serwis HotelCalculator.com/pl.
XXXXXXXXX.
Taki o to mail otrzymałem na dniach. Zaoferowano mi możliwość w uczestniczeniu w kampanii promocyjnej jakiegoś tam serwisu. Nawet nie sprawdziłem jakie wynagrodzenie wchodzi w grę. Dokonałem heroicznego czynu – odmówiłem. Pomyślałem wtedy o tych tysiącach (jak nie milionach) internautów którzy mnie czytają, o moim nieskazitelnym wizerunku, o moim…
A tak na serio to nie chcę uczestniczyć w procederze namawiania kogokolwiek do czegoś z czym sam się nie identyfikuję. To wbrew samemu sobie, własnym poglądom, przekonaniom i wyznawanym zasadom. Aczkolwiek nie ukrywam, że wszystko ma swoją cenę… wysoką cenę.
Jakie konsekwencje? Kiedyś Microsoft przy współpracy z Acerem i agencją marketingu szeptanego Edelman, wysłał do wybranych blogerów laptopy Acer Ferrari (wtedy około 4000$) z zainstalowanym systemem Windows Vista. Po testach użytkownicy kampanii promocyjnej nie musieli ich zwracać. Nie zawsze jednak testowanie produktów się udaje. blogosfera uznała to za próbę przekupstwa ze strony Microsoftu i głośno skrytykowała taki proceder.
W tego rodzaju kampaniach internetowych istnieje wąska granica błędu. Należy sprawnie wyczuć co można a czego nie. W obu przypadkach przekroczono tą granicę. W moim – przysłano maila, w którym zasugerowano mojej osobie, iż „zostałem wybrańcem” a tak się wcale nie czułem gdyż aby móc promować produkt musiałem napisać o nim artykuł. To nie jest nagroda! To zwykła praca.
W drugim przypadku było podobnie – przesłano wartościowe produkty wybranym osobom, by te rewanżując się napisały pochlebny artykuł. Wysoka wartość przesłanego laptopa tworzy w umyśle następujący schemat myślenia: "drogi laptop w prezencie + blog = muszę coś napisać bo inaczej uznają to za kradzież". W przypadku produktów o niskiej wartości jak np. długopis z logo firmy (tak jak robi to Sparrow z jogger.pl) nie tworzy w umyśle obdarowanego takiego schematu.
Jaki złoty środek? Miarą sukcesu w tym wypadku byłaby chęć do aktywizacji użytkowników blogosfery by ci samoistnie wyrazili swoje opinie na temat danego produktu czy usługi. Zachęcać można w różnoraki sposób – począwszy od małowartościowych gadżetów i próbek, po zniżki, czy wspólne projekty. Ważne by nie zmuszać do tego nikogo, nawet jeśli danej osobie został wręczony upominek. Taka jest właśnie idea marketingu wirusowego – dostarczasz impuls a reszta dzieje się sama.
30 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Spacer po peryferiach miasta
Mieszkam niby to w centrum, niby na peryferiach. To takie niesamowicie magiczne miejsce - cisza, spokój i wszędzie blisko. Do ratusza mam 10 min drogi z buta. Natomiast takie oto miejscówki widzę już z okna.
Nocne opady śniegu przyczyniły się do dzisiejszego śnieżnego spaceru z P.
Powyższy most kolejowy leży na linii kolejowej Łódź Kaliska - Forst i został zbudowany w 1902 r. Jest to najdłuższy most w Kaliszu. Liczy sobie 125 metrów długości. Od dłuższego czasu nie byl remontowany, stąd jego specyficzny klimat.
♫ Hampenberg - Love In Siberia
8 komentarzy
Blipnij
Udostępnij
Buzz
Lego remake najlepszych polskich zdjęć cz. 1
Zainspirowany albumem "Classics in Lego" postanowiłem zrobić coś podobnego w odniesieniu do polskiej rzeczywistości. Tym oto sposobem wykonałem pierwsze zdjęcie z serii "Lego remake" o tematyce "wydarzenia polityczne" przedstawiające Lecha Wałęsę z Kwiatami pt. "Radość po zarejestrowaniu Solidarności w sądzie - Lech Wałęsa z kwiatami".
Co dalej? Jeszcze nie mam pomysłu...


